

Jeden z wielu klubów, mających swoją siedzibę w Londynie, jest chyba najbardziej popularnych i najbardziej lubianym klubem ze stolicy Anglii. Mowa tu oczywiści o Arsenalu, popularnie zwanym "Kanonierzy". Klub ten słynie przede wszystkim z "niebrytyjskiego" stylu gry - ich filozofia to długie utrzymywanie się przy piłce, wymienność pozycji, gra z pierwszej piłki, krótkie podania. Reasumując cechuje ich wybitna chęć gry atakiem pozycyjnym w hiszpańskim stylu, co odróżnia ten zespół od innych angielskich klubów. Wraz z nadejściem ery Arsene'a Wengera nastąpiło sukcesywne odmładzanie składu. Piłkarze tacy jak Keown, Adams, Overmars czy Dennis Bergkamp odgrywali coraz to mniejszą rolę w zespole. Ten ostatni stał się żywą legendą klubu, a kibice wspominają niepospolity kunszt Holendra, który raczył ich przeróżnymi zagraniami zarezerwowanymi dla graczy wybitnych. Ale jak się później okazało, na jego godnego następcę nie trzeba było długo czekać. Tym kimś był Thierry Henry - piłkarz już legenda, a nadal zadziwiający swą grą, lecz już nie W Arsenalu. Francuz to wybitny snajper, znakomity technik, inteligentny na boisku, myślący na nim, jednym słowem - geniusz. Odważę się na stwierdzenie, że jest piłkarzem bardziej kompletnym od znakomitego Holendra, gdy ten był u szczytu swej kariery. I nie boję się tego powiedzieć - po prostu lepszym.
Na chwilę obecną Kanonierom brakuje w składzie piłkarza tego pokroju. Są wprawdzie Cesc Fabregas, Van Persie, Arshavin, Nasri, ale do klasy i umiejętności Henry'ego jeszcze im daleko.